czwartek, 19 marca 2009

Tam gdzie zdun po tkaczu biznes przejął

Zabieramy was na pogranicze śląsko - wielkopolskie, do Zdun, niegdyś ostatniego polskiego miasta na szlaku do Wrocławia. To podobno tutaj król Jan Kazimierz, przy wydatnej pomocy mieszkańców, zdołał zbiec na Śląsk przed ścigającymi go Szwedami. Kamienica, w której podziemiach znajdowało się wejście do sekretnego tunelu stoi przy zdunowskim rynku do dziś. Zduny, niewielkie senne miasteczko znajduje się 7 km na południe od Krotoszyna, w południowej Wielkopolsce. Miasto otaczają zewsząd piękne lasy, a w granicach gminy jest kilka rezerwatów przyrody. Zanim się jednak tu wybierzecie, zerknijcie na plan tego miasta, by zobaczyć jak nietypowy kształt ma jego zabudowa. Tak, dwa rynki widać od razu, a gdy się przyjrzycie zobaczycie trzeci. W XVII wieku istniały bowiem w tym miejscu trzy miasta, które obecnie tworzą dzisiejsze Zduny. Trójmiasto tkaczy na granicy Polski Największy rozwój Zdun, którego nazwę jedni wywodzą od zawody zduna - budowniczego pieców, a inni od nazwiska Zdunek, przypada na siedemnasty wiek. W tych burzliwych czasach wojen religijnych właścicielem miasta był Piotr Sieniuta, kalwin, tolerancyjny szlachcic, dobrze żyjący zarówno z katolikami jak i protestantami. Do jego dóbr przybywało coraz więcej uciekinierów ze Śląska i Czech. Wśród nich byli rzemiślnicy, tkacze, z Reichenbach (obecny Dzierżoniów). Sieniuta postanowił wykorzystać ich umiejętności. Dał im schronienie, a w 1637 roku uzyskał dla nich przywilej lokacyjny, czyli pozwolenie na budowę nowego miasta. Protestanci założyli je tuż za rogatkami katolickich Zdun. Od tego czasu zaczęto miejsowości rozróżniać na Zduny Polskie i Niemieckie. Wieść o przywilejach nadanych rzemieślnikom szybko rozeszla się po Ślasku. Osadników przybywało, aż w końcu było ich tak wielu, że Piotr Sieniuta postanowił założyć w 1646 roku kolejne miasto. Wybudowane jeszcze dalej na wschód, za granicami Zdun Niemieckich, zostało nawane na cześć założyciela Sieniutowem. Odtąd na przestrzeni dwóch kilometrów wzdłuż granicy Śląska i Wielkopolski, nad rzeką Borownicą istaniały trzy miasta. Życie toczyło się wokół trzech rynków, decyzje zapadały w trzech ratuszach, a wierni modlili się w trzech świątyniach - dwóch protestanckich i jednej katolickiej. Żyli jednak wspólnie i zgodnie, bo ich byt zależał od jednej rzeki i jednego popytu na tkaniny! Jak ważny był to przemysł dla Zdun niech świadczą liczby: w połowie XVIII wieku na 600 przędzalników pracujących w całej Wielkopolsce, 464 miało swe warsztaty w maleńkich (już wówczas zjednoczonych ) Zdunach! W 1684 roku zakończył się niezykle interesujący okres trójmiasta w historii Zdun. Sieniutowo połączono ze Zdunami Niemieckimi, a niecałe 80 lat później oba zdunowskie miasta połaczono w całość. W 1888 roku w Zdunach żyło 3529 dusz, z czego 2465 podążało za swym pastorem, 1014 za miejsowym proboszczem, a 50 słuchało się swego rabina... Ale zaraz..... mamy już rok 1888, a zapomnieliśmy o kaflarnii, w która już od 30 lat praca wre... Proszę o wybaczenia panie Reimann. Najstarsza kaflarnia w Polsce Zdunowska kaflarnia, pracująca do dziś, narodziła się w 1858 roku. Założył ją Niemiec pochodzący z pobliskiego Milicza, Julius Reimann. Początkowo wyrabiano w niej jedynie garnki i naczynia, ale od 1870 roku zakład przestawił się na produkcję kafli piecowych i do II wojny światowej interes ten dawał chleb trzem pokoleniom Reimannów i niezliczonej liczbie zdunowian! 20 stycznia 1945 roku Gustaw Reimann, wnuk założyciela kaflarnii, załadował rodzinę i dobytek na wóz konny, aby wyruszyć w drogę do...niewiadomo dokąd. Uciekał przed wkraczającymi Rosjanami. Starsi mieszkańcy Zdun wspominają go jako bardzo uczciwego człowieka. Był podobno jedynym niemieckim przedsiębiorcą w Zdunach, który zanim wyjechał z miasta, wypłacił swoim pracownikom należne pensje! A kaflarnia? Nie przerwała właściwie produkcji. Tydzień później w Zdunach pojawili się Rosjanie, a już 2 marca pracownicy wrócili do zakładu. I są w nim do dziś.... Dlaczego piszę o kaflarnii? Bo to najstarszy taki zakład w Polsce i jeden z nielicznych pracujący według XIX wieczje technologii. To trzeba i można zobaczyć, bo pracownicy kaflarnii przywykli już do turystów i dziennikarzy. Warto przekonać się, że większość prac wykonywana jest tu nadal ręcznie! Kafle bowiem potrzebują wiedzy, uczucia, pasji i czasu, by dojrzeć - najpierw trzeba przygotować masę, potem ją uformować, następnie wysuszyć, by następnie wypalić, pomału schłodzić, pomalować i ponownie włożyć do pieca. Słowem dwóch tygodni nie starcza, bo po pierwszym wypale piec, zanim wyjmie się z niego kafle, musi stygnąć 10 dni! I to jest cudowne, że nikt tu nikogo nie popędza, a żadnej czynności nie można przyspieszyć. Wszystko ma swój czas i tempo...niezmienne! Warto wiedzieć Do Zdun możecie dojechać pociągiem z Wrocławia i Poznania. Nocować możecie w Zdunach, pobliskich Perzycach lub oddalonym o 7 km Krotoszynie. Zjeść możecie na miejscu. Nie zapomnijcie odwiedzić XVII wiecznego ratusza, a miejscowe muzeum to ciekawy zbiór regionalnych pamiątek, pieczołowicie przechowywanych w XVII wiecznym domu mieszczańskim z fantastycznym brukowanym dziedzińcem i niesamowitą piwnicą z kominkiem! A przed podróżą zajrzyjcie na www.zduny.pl i www.kaflarniazduny.pl Tekst i zdjęcia Arek Drygas www.kolekcjaokamgnien.blogspot.com